Myśli spisane na szybko...czyli podróż na Wschód
|
czytane: 591 data: 2008-01-15 autor: Madhava Bhagavan das |
Wersja do druku |
![]() |
Jest 22 października, późny wieczór. Około 23.00 wsiadamy do samochodu. Przed chwilą pożegnaliśmy się z naszymi przyjaciółmi: Maćkiem, Lilą, Baladevą i Anią. Złożyliśmy pokłony Bóstwom, ostatni krótki darszanik i w drogę.
„A więc wszystko zaczęło się już na dobre”- pomyślałem, siedząc na tylnym siedzeniu załadowanego po brzegi walizkami samochodu. Obok mnie siedzi moja żona Iccha Radhika, z przodu Agnieszka, a kierowcą i jednym z głównych sprawców zamieszania jest Roro, uśmiechnięty i podekscytowany. Odpalając samochód Roro odwraca się do tylu i mówi z uśmiechem na twarzy: „Madhav, cieszysz się? Do Indii jedziemy, to może być przygoda naszego życia!”
Zaczyna to do mnie docierać. Ja naprawdę jadę do Indii, do Vrindavan, do Mayapur, tam gdzie osobiście przebywali i przebywają Pan Kryszna, Pan Gauranga i tysiące świętych osób. Mnóstwo myśli przelatuje przez moją głowę, tysiące pytań. Siedzę na tylnym siedzeniu samochodu, a czuję się jakbym był już teraz w tak wielu miejscach, o których czytałem i słyszałem. Trudno mi w to uwierzyć. Już za kilkadziesiąt godzin będę w innej części świata. Tak wiele emocji jest we mnie. Ja nigdy tak daleko nie byłem, samolotem też w życiu nie leciałem. Nie wiem, czy mam się bać czy nie. Widziałem klika filmów o tym jak spadają samoloty, hmm... Dobra, co ma być, to będzie, pomyślałem, jak zginę to przynajmniej w dobrym towarzystwie. Samochód ruszył i podróż się zaczęła.
Tak naprawdę jednak wszystko zaczęło się dużo wcześniej. Któregoś dnia, a było to na wiosnę tego roku odwiedził nas (mnie i moją żonę) Roro. Siedzieliśmy i rozmawialiśmy o różnych sprawach i nagle on mówi: „Madhava, pojechalibyście z nami do Indii na jesień, wiesz, ja z żoną, ty z żoną, co myślisz? Ja stawiam bilety. Może ktoś by się jeszcze do nas dołączył?” Uśmiechnąłem się i pomyślałem- fajnie by było, ale żeby to zrobić, to tyle aranżacji, pieniędzy i w ogóle. Jednak mimo tego wszystkiego sam nie wiem czemu odpowiedziałem: „Super by było”- może dlatego, że myślałem o tej wycieczce w kategorii dalekosiężnych planów, a tak naprawdę to co, pomarzyć sobie nie można? J Na czas jakiś sprawa ucichła, czas mijał, ja nawet o tym nie myślałem, aż tu nagle, pewnego dnia Madana Mohana Mohini zaczęła coś mówić o Indiach, że fajnie byłoby pojechać na Kartik i jak byśmy razem pojechali to byłby czad. Roro podłapał temat i powiedział jej, żeby zobaczyła wstępnie ceny biletów. Ja dalej myślałem, że coś tam sprawdzą i na tym się skończy. Oj myliłem się bardzo, o czym miałem się przekonać za czas jakiś.
W tym czasie do Jawora przyjechał Mahaśringa i jak usłyszał, że my się czaimy na Indie, to już nas tam widział, opowiadał i nie dopuszczał do siebie myśli, że my tam nie przyjedziemy. Wszyscy byli w ekstazie, a ja wciąż myślałem: „Mam tu tyle spraw, obowiązków, nie ma szans, żebym się wyrwał”. Rzeczywistość okazała się jednak inna. Minęło kilka dni i Madana zabukował bilety mówiąc, że to nic nie kosztuje i zawsze można to jeszcze odwołać jak by co. Czas pędził szybko i nadszedł czas wykupienia biletów. Roro przyszedł do nas i powiedział, że On kupi bilety mi i Radhice (wcześniej o tym mówił, ale ja myślałem, że żartuje, nie żartował). Powiedział, że sprawa jest nakręcona i my mamy podjąć decyzję. Nie mogłem w to uwierzyć. Jak ja mam to wszystko poukładać? Praca, różne zobowiązania, ale jakoś dzięki łasce Kryszny udało się to wszystko poukładać i byliśmy gotowi. Madana natomiast i Antaranda nie mieli pewności, więc żeby ich przekonać Roro powiedział: „Jeden Bilet macie ode mnie, kupię go wam” i w ten sposób Roro kupując trzy bilety przekonał nas, że trzeba jechać. Ta nasza wyprawa to w dużej mierze jego łaska.
Rozmyślałem nad wszystkim, co do tej pory się wydarzyło, jadąc samochodem do Warszawy, gdzie czekali już nas Madana i Antaranda, którzy wyjechali wcześniej. Umówiliśmy się w świątyni warszawskiej, tam też mieliśmy zostawić samochody i ruszyć na lotnisko.
W Warszawie przywitała nas Asikunda. Chwilę potem pojawił się prezydent świątyni, Kasi Misra Prabhu. Krótkie powitanie, następnie szybka akcja z przepakowaniem walizek do samochodów Jagadsivy Prabhu i Tribuvanesia Prabhu (serdeczne dzięki za pomoc, bez was byśmy sobie nie poradzili. Dandavat!!!) i na lotnisko. Po drodze na lotnisko Jagadsiva dał nam kilka rad odnośnie tego, na co powinniśmy uważać.
- Problemy żołądkowe są tam bardzo częste, macie jakieś tabletki?- Jagadsiva zapytał z troską w głosie.
- Mahaśringa przyjedzie po nas na lotnisko w Delhi, on na pewno nam pomoże jak by co.- odpowiedział Roro.
Dojechaliśmy na lotnisko, chwila na pożegnanie. Wchodzimy na terminal, szukamy naszej bramki do odprawy...chwila, o jest, znaleźliśmy, ale jeszcze zamknięta, więc jest moment, żeby coś zjeść i odprężyć się przed podróżą.
To moja pierwsza podróż samolotem. Przed wyjazdem chciałem zobaczyć w internecie model samolotu, jakim będziemy lecieć. Wpisałem go w Google i zobaczyłem... ale oprócz tego co chciałem, zobaczyłem jeszcze kilka zdjęć z katastrof lotniczych... No to pięknie, pomyślałem, ale z drugiej strony, tyle aranżacji tylko po to żebym zginął w samolocie, to byłoby głupie. Gdyby Kryszna chciał, żebym opuścił ciało, to mógłby to zrobić na wiele innych sposobów. Poza tym było coś jeszcze... wieźliśmy ze sobą prochy bhakty Janusza i obiecaliśmy Dvarace i Andrzejowi, bratu Janusza, że w Mayapur zrobimy mu pogrzeb jak na waisznawe przystało- z wsypaniem prochów do Gangesu, i ta myśl przeganiała wszelki strach z mojej głowy. My przecież mamy misję. Daliśmy słowo.
Minął jakiś czas, przeszliśmy wszystkie odprawy i wchodzimy na pokład samolotu, którym mieliśmy przedostać się do Moskwy.
- Jakiś mały ten samolot- pomyślałem. W tym samym momencie Roro powiedział:
- Mały ten samolot, w małych samolotach turbulencje są bardzo odczuwalne.
No to pięknie, jeszcze jakieś turbulencje. Kilka godzin na wysokości jedenastu kilometrów nad ziemią bez spadochronu i jesteśmy na miejscu… Niezła wizja na najbliższe parę godzin- pomyślałem.
Pas startowy. Samolot się rozpędza coraz bardziej i nagle... Roro mówi do mnie:
- Madhava, czujesz? Oderwaliśmy się od ziemi, jesteśmy w powietrzu!
Ciekawe uczucie, pomyślałem.
Przedzieramy się przez chmury i nagle widać pierwsze promienie słońca.
Z siedzenia obok woła do mnie Madana:
- Madhava, spójrz przez okno.
Zaglądam i nie mogę uwierzyć w to, co widzę!!!!!! Jest przepięknie!!!!! Wielkie morze chmur pod nami, widok nie do opisania. Nigdy nie widziałem czegoś tak pięknego. Przyszły mi do głowy wtedy słowa kultowej kapeli reegae hare kryszna - „Natury”, mówiące o tym, że Kryszna jest największym artystą. Tylko On mógł stworzyć coś tak pięknego, aż trudno oderwać od tego wzrok.
Czas płynie bardzo szybko, w głośnikach po rosyjsku ktoś mówi, że za chwilę będziemy lądować w Moskwie, czyli duże prawdopodobieństwo, że pierwszy lot samolotem przeżyjemy J. Lądowanie podobno było nad wyraz łagodne. Nie wiem, nie mam do czego porównać J, ale najważniejsze, że się udało J.
Na lotnisku w Moskwie spędziliśmy kilka godzin, spotkaliśmy kilku bhaktów też lecących do Indii, bo to w końcu Kartik J. Przy odprawie okazało się, że tym samym samolotem leci z nami Purnacandra Prabhu, uczeń Śrila Prabhupada (teraz podobno jest sanjasinem, ale nie znam jego nowego imienia duchowego), autor jednej z moich ulubionych książek pt. „Nieopisane przeszkody na drodze do Bhakti”. Jest on też bardzo drogim przyjacielem Mahaśringi.
Złożyliśmy pokłon Purnacandrze Prabhu. Zapytał skąd jesteśmy. Powiedzieliśmy, że z Polski, z Jawora, on uśmiechnął się i powiedział, że pamięta Jawor, był tam. To prawda, był u nas dwa razy J. Miłe spotkanie.
Lot do Delhi zleciał szybko, bo byliśmy tak zmęczeni, że większość tego lotu przespaliśmy.
Był też na pokładzie samolotu posiłek, „makaronik wegetariański”, ale w ilości takiej, że jak to z Rorem zobaczyliśmy, to zaczęliśmy się śmiać. Taki humorystyczny element podróży J.
I w końcu lądowanie na lotnisku imienia Indiri Gandi w Delhi. Samolot się zatrzymuje, we mnie zbieraj się emocje:
- Roro, jesteśmy kurcze w Indiach, nie mogę w to uwierzyć!!!
Roro się tylko uśmiechnął, wyglądał na tak samo mocno podekscytowanego, jak ja.
Nagle słyszę:
- Madhava, w Indiach jesteśmy.
To moja żona, Radhika. Ona też bardzo przeżywała tą podróż, zresztą pewno każdy z nas przeżył ją na swój sposób.
Stoimy jak zaczarowani. Nikt nic nie mówi, chwila oczekiwania i otwierają się drzwi samolotu:
Jesteśmy w Hastinapurze - pomyślałem - to jest jak sen.
W końcu dotarliśmy, wycieńczeni, zaspani bo to środek nocy, po drodze jeszcze jakieś przesunięcia czasowe. Tak naprawdę nikt z nas nie wie, która może być godzina i jak to traktować, ale to już nie jest ważne... jesteśmy... udało się.
Wychodzimy z samolotu. Ja nie wiem, czego się spodziewać. Mnóstwo myśli w mojej głowie się kotłuje.... Pierwsze, co czuję, to ciepłe, indyjskie powietrze pachnące tak specyficznie, że do niczego nie da się tego porównać. Idąc do terminala mijamy po drodze kogo...? Krysznę tańczącego na Kaliji... Trochę się wzruszyłem widząc, że Kryszna już tu na nas czeka. Piękne bóstwo, mierzące może z półtora metra, może mniej, nie wiem, niezwykłe uczucie…
Szybka odprawa, wymiana waluty i ruszamy na poszukiwanie Mahaśringi, który prawdopodobnie czeka na nas już dwie godziny... Wychodzimy z terminala..., rozglądamy się... gdzie on jest...? I z daleka słychać- „Hej, Chłopcy, co tak długo?” To on, Mahaśringa, teraz to my odwiedzamy jego.
Szybkie powitanie. Chociaż ciało jest już zmęczone, nagle czuję przypływ energii. Wychodzimy na zewnątrz lotniska.
Tu naprawdę wszystko jest inne- pomyślałem, patrząc na ludzi, którzy nas otaczali.
Targamy walizy i szukamy samochodu, który przejechał po nas z Vrindavan.
Nagle Mahaśringa mówi:
- To ten, co tam stoi.
Nie mogłem w to uwierzyć- dżip, a nas sześć osób plus walizki, do tego Mahaśringa z żoną, kierowca i Nava, znajomy Mahaśringi, czyli razem z kierowcą dziesięć osób i walizek naprawdę sporo…
Luz- pomyślałem, to może być ciekawe przeżycie. Najśmieszniejsze było to, że my wszyscy się zapakowaliśmy do tego dżipa, a na dachu związane jakimś sznurkiem nasze bagaże. Kierowca obejrzał jeszcze raz kontrolnie pakunki na dachu, wsiadł do samochodu, uśmiechnął się, odpalił muzykę i ruszyliśmy.
Gdy jechaliśmy tak przez Delhi, za oknem domy i sklepy, to wszystko wyglądało jakby przed kilkoma dniami skończyła się wojna. Wszystko rozwalające się. Widok ten nasunął mi na myśl sceny z filmu, który kiedyś oglądałem. Był to film o Kubie „ Buena Vista Social Club”, tam też to wszystko wyglądało podobnie. Jednak wcale nie było tak, że czułem się zaniepokojony czy przerażony tym co widzę. Wręcz przeciwnie, bardzo mi się to wszystko podobało, było w tym wszystkim coś magicznego i tak bardzo mi nie znanego do tej pory.
Jak wsiedliśmy do samochodu w dziesięć osób to zrozumiałem, że tu można trochę przepisy ruchu drogowego naciągać, ale jak nasz kierowca szósty raz z rzędu przejechał na czerwonym świetle, to byłem już pewny, że przepisy tu nie istnieją J. Nie czułem jednak niepokoju, bo widziałem spokój na twarzy kierowcy. Dopiero po jakimś czasie połączyłem fakty, że ten spokój mógł być bezpośrednio związany z tym, że kierowca cały czas coś żuł i pluł przez okno samochodu J.
Podczas tej podróży wszyscy usnęliśmy. Już chyba nikt nie pamięta, jak śpi się w poziomie J. W pewnym momencie obudziłem się, zaczęło już świtać i nagle patrzę i nie dowierzam. Jechaliśmy coś jakby autostradą, bo dwa pasy ruchu w jedna stronę, aż tu nagle, patrzę przez okno samochodu i widzę- idzie karawana wielbłądów z jakimś towarem. Zobaczyłem, że Mahaśringa nie śpi, więc mówię do niego:
- Widzisz to, co ja? Wielbłądy na autostradzie! - nie mogłem uwierzyć, ale on nic nie powiedział tylko się uśmiechnął, a ja z jego uśmiechu wyczytałem, że chyba jeszcze nie raz się zdziwię.
No i nie trzeba było długo czekać. Kilka chwil później kierowca nagle zwalnia, wjeżdża na przeciwny pas ruchu i jedzie pod prąd, autostradą !!!! Co on wyprawia, zaraz przecież możemy zginąć!!! Nie dowierzałem, samochody, które jechały na zderzenie czołowe ze zrozumieniem zjeżdżały mu z drogi, a on tylko mrugał światłami.
To jest jakieś przegięcie- pomyślałem- co on wyprawia?
Po chwili okazało się, że kierowca jedzie na herbatkę do swojego ulubionego przydrożnego baru znajdującego się po przeciwnej stronie autostrady. Tu jest taki zwyczaj, którego przestrzega większość kierowców, a mianowicie mają oni swoje ulubione bary i czy my tego chcemy czy nie, on swoją herbatkę wypić musi. No cóż, co kraj to obyczaj, trzeba się dostosować J.
Kierowca wypił herbatkę. Mahaśringa, Apavrita , Radhika i ktoś jeszcze też trzasnęli herbatkę z mlekiem (ohyda !!!). Antaranda i Mahaśringa nawet coś zjedli, jakąś parathe (czapat z serem białym), ja tylko napiłem się Fanty, bo wyglądała na szczelnie zamkniętą J.
Miły czas w przydrożnym barze zaczął się przeciągać, więc Mahaśringa powiedział coś w obcym mi bardzo języku do kierowcy i po chwili zaczęliśmy się zbierać, by ruszyć dalej.
Zostały jeszcze dwie godziny drogi do Vrindavan. Trochę ożywił nas ten postój, może nie na tyle, żeby wzmóc jakąś dyskusję, ale przynajmniej przestało nam się chcieć spać. Wszyscy wpatrywaliśmy się w krajobraz za oknem samochodu, tak bardzo inny od tego, który znamy na co dzień. Tu naprawdę wszystko jest inne, o czym miałem niebawem się przekonać jeszcze dobitniej.
Ktoś chce do toalety, więc zatrzymujemy się na przydrożnej stacji benzynowej.
Postój na tej stacji rozwiał już resztę moich wątpliwości dotyczących tego, gdzie jestem. Zewnętrznie stacja wyglądała nawet po europejsku. Postanowiłem podejść bliżej, żeby zobaczyć, co można kupić na takiej indyjskiej stacji benzynowej. Podchodzę i nie mogę uwierzyć. Nie ma żadnego sklepu, a zamiast sklepu, kto zgadnie, co jest...? Ołtarz J. Na ołtarzu Hanuman, Durga i jakieś lokalne Bóstwa. Na zwykłą stację benzynową w Polsce ktoś przyjeżdża po gazetę, po coś do picia, jakieś ciastka, hot-doga, a w Indiach zamiast tego wszystkiego ołtarz J. Pomieszczenie z tym ołtarzem zajmowało ¾ całości budynku gospodarczego stacji. Zrozumiałem wtedy, że tu się myśli trochę innymi kategoriami.
Jeszcze kilka chwil i będziemy we Vrindavan. Mahaśringa z tylnego siedzenia krzyczy:
- Czujecie, Vrindavan jest już bardzo blisko!!!
Na te słowa Mahaśringi coś ścisnęło mnie w gardle
Vrindavan, to jest jak sen- pomyślałem - przecież tu Kryszna przebywa osobiście każdego dnia. Ziemia Vrindavan naznaczona jest śladami Jego stóp. Jak to możliwe, że jesteśmy coraz bliżej, przecież my do niedawna jeszcze jedliśmy mięso, toksykowaliśmy się i robiliśmy tysiące głupot, które nawet do tej pory się zdarzają, a Vrindavan podobno jest już niedaleko. Czy to możliwe? A jak tam już będziemy, czy uda nam się doświadczyć czegoś duchowego? Czy tylko pozostanie nam zewnętrzne postrzeganie? Nie ukrywam, że tego bałem się najbardziej, nawet bardziej od problemów żołądkowych i różnych innych trudności związanych z pobytem w Indiach.
Czy Kryszna będzie łaskawy...? Hmm... Czas pokaże, ale jest nadzieja, bo za dwa dni rozpoczyna się Kartik, ulubiony miesiąc Śrimati Radharani i wtedy Ona jest tak bardzo łaskawa. Może uda się wyżebrać trochę łaski, która potem w mistyczny sposób zmieni się w inspirację i smak do życia duchowego, kto wie.
W pewnym momencie Mahaśringa mówi:
- Widzicie tą bramę, to wjazd do Vrindavan, czyż to nie wspaniałe? Tyle czasu poza domem…
To były naprawdę przejmujące słowa: „Tyle czasu poza domem”. Poczułem znowu ścisk w gardle i byłem naprawdę bardzo szczęśliwy. Moje zamyślenie przerwał głośny krzyk Mahaśringi:
- Vrindavan Dham ki?
- Jaya!!!! - odkrzyknęli wszyscy.
Dojeżdżamy do hotelu, wypakowujemy rzeczy, zmęczenie już sięga apogeum, każdy chce się wykąpać i choćby w niewielkim stopniu zregenerować siły kładąc się w pozycji poziomej. To już trzeci dzień w podróży. Nie jesteśmy zawodowymi podróżnikami, więc wszyscy padamy jak ścięci. Trzeba chwilę się przespać i ruszyć przygodzie naprzeciw. Jest tu tyle wspaniałych świętych miejsc do odwiedzenia, aż trudno w to uwierzyć.
Sen nie zajął nam długo, kilka godzin, tylko po to, by coś kontaktować. Ruszamy coś zjeść, by mieć siłę pielgrzymować po tej świętej ziemi. Przed wyjściem z hotelu spotyka nas niezwykła niespodzianka- otwierają się drzwi naszego pokoju i wchodzi Muczukunda. Nie widzieliśmy się trzy lata. Chwila na przywitanie i idziemy razem do Anada Van, pobliskiego kompleksu hotelowego coś zjeść. Muczukunda idzie z nami, po drodze cały czas rozmawiamy.
Anada Van robi wrażenie, piękne zadbane ogrody, fontanny, palmy, po prostu raj J.
Kuchnia wygląda na czystą, więc jemy bez obaw. To mój pierwszy posiłek w Indiach, muszę się szanować, nie mogę przegiąć na wstępie. Jem tyle, by nie czuć głodu. Strach przed kłopotami żołądkowymi jest silniejszy od pragnienia cieszenia się prasadam. W moim przypadku pragnienie kontaktu z prasadam jest zawsze wyjątkowo mocne J.
Następny punkt programu- jedziemy rikszami do centrum, żeby zobaczyć wszystko z bliska i stać się częścią tego magicznego miejsca, jakim jest Vrindavan Dham.
Droga do centrum prowadzi koło świątyni Radha Madan Mohan. Zawsze pragnąłem zobaczyć tą świątynię i proszę bardzo- jadę na rikszy z Mahaśringą, a w oddali widać już jej kształt. Jestem tak rozentuzjazmowany jak dziecko, co za chwilę ma dostać jakiś długo wyczekiwany prezent. Do tego wszystkiego Mahaśringa mówi:
- Madhava, widzisz to drzewo? To miejsce to Kalija Ghat, miejsce, w którym odbyła się rozrywka Kryszny i Kaliji.
Nie mogłem uwierzyć, że Mahaśringa mówi to z takim spokojem. Przecież to miejsce jest bezpośrednio związane z Kryszną. Może zatrzymać riksze, albo w ogóle może coś zrobić, nie wiem. Jednak za moment uświadamiam sobie, że jestem we Vrindavan. Tu wszystko jest związane z Kryszną. Chwilę potem słyszę znowu, jak Mahaśringa mówi do mnie:
- Madhavo, spójrz tam po lewej stronie płynie Jamuna. Kryszna codziennie przychodzi się w niej kąpać i chłopcy pasterze razem z Nim. Nieźle tu czasem dają czadu- wygłupy, zabawy- mówi Mahaśringa uśmiechając się do mnie.
Chłopcy Pasterze, Jamuna, rozrywka z Kaliją, przejechaliśmy zaledwie kawałek, niecały kilometr, a ja już jestem zatoksykowany atmosferą tych miejsc. Jest jak w bajce- pomyślałem, aż trudno w to uwierzyć, że gdzieś istnieje świat, gdzie ludzie nic nie wiedzą o Krysznie, o tych magicznych miejscach. To niesamowite jak wiele dał nam Śrila Prabhupada. On dał nam Krysznę, On dał nam Vrindavan, On dał nam duchowe szczęcie nie porównywalne z niczym w tym świecie. Wiele razy o tym myślałem, ale teraz doświadczam tego i jest to coś niezwykłego. Rzadko czuję się tak dobrze.
Czas mija szybko. Chodzimy po Loi Bazar. Zaczyna się ściemniać, a chcielibyśmy zdążyć na darszan Bóstw w naszej ISKCON’ owej świątyni Kryszna Balaram Mandir. Łapiemy riksze i jedziemy. Po kilkunastu minutach jazdy rikszą oczom naszym zaczyna ukazywać się piękna, biała, marmurowa świątynia- Kryszna Balarama Mandir, znana mi dotychczas tylko z filmów i zdjęć. Takie chwile są niezapomniane.
Szybko biegniemy do świątyni, by zobaczyć się z Bóstwami. Wchodząc do świątyni wszystkie emocje zbieraj się we mnie.
Jak te Bóstwa wyglądają naprawdę? Czy są tak piękne, jak na zdjęciach, czy może piękniejsze? Tak bardzo długo czekałem na to spotkanie, co najmniej całe moje dotychczasowe życie, by móc zobaczyć Je na żywo, prawdziwy darszan. Słyszałem od wielu bhaktów o Ich łaskawości i za chwilę będę mógł się przekonać o tym sam. Wchodzę do środka świątyni. Z daleka widzę tylko trzy rozświetlone ołtarze. Podchodzę bliżej, oto Oni, dwaj najpiękniejsi pasterze z Vrindavan. Kryszna ze Swoim starszym bratem Balaramą. Nie mogę uwierzyć, że tu jestem naprzeciw Nich. Może to sen, obudzę się i pozostanie tylko wspomnienie...
Składam dandawat i czuję ogromny ścisk w gardle, emocje. Podnoszę się i gdyby nie Ci wszyscy ludzie wokół, to rozpłakałbym się jak dziecko. Jestem tak bardzo szczęśliwy, bo w końcu udało mi się dotrzeć tu, do Vrindavan, by zobaczyć Krysznę i Balarama, by złożyć Im dandawat osobiście i powiedzieć: „Chłopaki, jestem, trochę mi to czasu zajęło, nawet nie pamiętam ile razy po drodze do Was skręciłem gdzieś na chwilę, idąc za własnymi pragnieniami i zatrzymałem się tam kto wie na jak długo, może nawet na parę żyć, ale w końcu udało się. Tułałem się, ale dotarłem. Dzięki, że daliście mi siłę, by tu dotrzeć. Wiele razy po drodze wątpiłem, ale zawsze podesłaliście mi kogoś, kto pomógł się pozbierać. Tak może działać tylko ktoś, komu na kimś bardzo zależy, ktoś kto kocha, bez oczekiwania niczego w zamian. Może ja kiedyś też Was tak pokocham, tak mocno, jak Wy kochacie mnie. Jedno, co mogę obiecać na dziś, to że podejmę wyzwanie, więc proszę o siłę, by walczyć i nadzieję gdy dopadnie mnie zwątpienie.
Nawet ta moja podróż tutaj wydawała się niemożliwą. Nie było szans by się wyrwać, tyle spraw… Ale wiara innych sprawiła, że się udało to wszystko poukładać, potem lot samolotem, strach przed tym, że spadnie. Ciało cierpiało z tak wielu powodów, brak snu, niewygody, ale udało się, bo coś, a raczej Ktoś, dał mi siłę, by przez to wszystko przejść i dotrzeć do celu.
Wydaje mi się, że tak wygląda całe życie duchowe. Przeszkody są, ale jest też wsparcie. Zwycięstwo jest pewne, tylko od nas zależy, jak szybko będziemy mogli cieszyć się smakiem prawdziwego szczęścia duchowego....
W tym nastroju pobyłem jeszcze chwilę w świątyni, ale robiło się już późno. Zasłaniano ołtarze, to znak, że trzeba się zbierać i wracać do hotelu.
Przed świątynią już czekają na mnie: Radhika, Roro, Aga, Madana, Antaranda, Mahaśringa i Apavrita. Wracamy do hotelu, pierwszy dzień we Vrindavan za nami. Wszyscy jesteśmy tak bardzo zaagitowani tym wszystkim co widzimy w koło. Droga do hotelu mija szybko. Pierwszy dzień we Vrindavan i tyle wrażeń. Nie mogę się doczekać, co będzie dalej, jakie przygody nas jeszcze czekają, co Kryszna dla nas tu przygotował?
Kładę się do snu i nie mogę uwierzyć, że zasypiam we Vrindavan, w miejscu tak bardzo drogim Srimati Radharani i Panu Krysznie. Wszyscy już chyba zasnęli, a ja wciąż przeżywam to, co zdarzyło się w ciągu tego krótkiego okresu czasu, od momentu jak wyjechaliśmy z Jawora, aż do chwili obecnej. Zdaję sobie sprawę z ogromnej zmiany wewnątrz mnie, która może tak od razu nie będzie widoczna na zewnątrz, ale z czasem na pewno się zamanifestuje. Rozumiem już teraz sens tego starego, wielowymiarowego powiedzenia- „podróże kształcą”. Ciekawe, czego jeszcze się nauczę podczas tej wyprawy, ciekawe....
Zobacz galerię
Skomentuj artykuł






