Myśli spisane na szybko...czyli podróż na Wschód cz.II

czytane: 537 data: 2008-01-28
autor: Madhava Bhagavan das
Wersja do druku
CZ.II - VRINDAVAN

Drugi dzień we Vrindavan. Poranek dla mnie zaczyna się dość późno. Muszę odespać podróż, zmianę czasu i dwie doby w podróży. Wiem, że tego nie da się załatwić w jedną noc, ale moje ciało nie daje się oszukać.

Słyszałem, jak rano Mahaśringa, Radhika, Madana i chyba ktoś jeszcze zbierali się do świątyni na Mangala Arati i na program poranny. Mimo moich szczerych chęci nie dałem rady się podnieść. Słysząc ich krzątanie się, pomyślałem:

- Mamy jeszcze dziewięć dni we Vrindavan, to sobie jeszcze to odbiję, jeszcze nie dziś :).
Jak się obudziłem, to wszyscy wrócili już ze świątyni. Plan na dziś: zakupy dla bhaktów na Loi Bazar. Chcieliśmy to załatwić od razu, żeby mieć to z głowy i resztę czasu we Vrindavan spędzić na parikramach.

Około 11-tej umówiony byłem z Muczukundą u niego w hotelu. U niego miałem być najdłużej dwie godziny. Umówiłem się więc, z jaworską ekipą pod Kryszna Balarama Mandir o 13-tej i stamtąd mieliśmy ruszyć na Loi Bazar.

Czas spotkania z Muczukundą minął dość szybko. Będąc u niego poznałem Syama Kundę Prabhu, bardzo sympatyczny wielbiciel. Jest Polakiem, ale na co dzień mieszka w Kanadzie.

Po dwóch godzinach Muczukunda zaproponował, że odprowadzi mnie pod Kryszna Balaram Mandir. Postanowiliśmy przejść się na piechotę, nie było daleko- pięć minut drogi. Muczukunda był we Vrindavan już tak wiele razy, że dla niego wszystko co tu jest wydaje się być naturalne. Ja wciąż nie mogę się napatrzyć na to niezwykłe miejsce, na ludzi, przyrodę, przydrożne kramiki, w których można kupić tyle dziwnych rzeczy. Idąc jakiś czas Muczukunada mówi do mnie, wskazując ręką:

- Madhava, widzisz ten kramik? Czasem tu przychodzę na placki ziemniaczane.

Byłem pod wrażeniem. Twardy z tego Muczukundy zawodnik. Ja, patrząc w stronę tego kramiku, już prawie miałem kłopoty żołądkowe :). Tak sobie pomyślałem, że jeden taki placek mógłby załatwić całą naszą ekipę podróżniczą :).

Przyglądałem się wszystkiemu, co mijaliśmy po drodze. Życie w Indiach odbywa się najczęściej wzdłuż głównej ulicy. Tam wszyscy siedzą, jedzą, czasem śpią i w bardzo wielu przypadkach mieszkają. Hałas taki, że głowa boli. Co chwilę ktoś trąbi, ze straganów głośna muzyka odtwarzana z płyt czy kaset miesza się z ogólnie panującym zgiełkiem. Słychać ryksiarzy, którzy zamiast dzwonków czy jakichkolwiek innych sygnałów, krzyczą: Radhe, Radhe !!! Tu wszyscy intonują i doświadczam tego, że tu jest odwrotnie niż na Zachodzie. We Vrindavan wszystko pomaga pamiętać o Krysznie, a w krajach zachodnich wszystko poukładane jest tak, że o Krysznie bardzo łatwo jest zapomnieć.

Niezwykłe jest to, że ludzie żyją tu tak bardzo prosto. Większość z nich nie ma praktycznie nic, a jednak są uśmiechnięci, autentycznie, a nie tak jak w amerykańskich filmach. Tu we Vrindavan życie jest prawdziwe, szczęście jest prawdziwe i nieszczęście jest prawdziwe, ludzie są prawdziwi. Taka była moja realizacja podczas tego naszego krótkiego spaceru.

Nie mogę się nadziwić widząc przydrożne siedliska ludzkie. Użyłem słowo siedliska, bo to chyba najbardziej oddaje charakter tego, co widzę- kawałek płachty, kilka desek zbitych jak się da i kto wie czego jeszcze służy jako miejsce do mieszkania dla najuboższych mieszkańców. Z materialnego punktu widzenia jest to koszmar i tu wiele osób tak żyje. Nawet w takim niezbyt bogatym kraju jak Polska widok taki sprawiłby, że zaraz przyjechałaby telewizja Pani Jaworowicz, nakręciłaby cały program pt. „Sprawa dla reportera”, ktoś wymyśliłby jakąś akcję, żeby wysyłać smsy i podarować tym dzieciom słońce itd. Generalnie byłoby z tego duże zamieszanie, a tutaj ci ludzie przeżywają tak całe życie i są szczęśliwi z tego co mają. Tak trudno w to uwierzyć europejskiemu umysłowi. Ubodzy materialnie, ale duchowo są wybrańcami, są Dham Vasimi, osobami, które prawdopodobnie już opuszczając to ciało wrócą do świata duchowego i czy to nie jest największe bogactwo...
Idąc tak, rozmawiając, przyglądając się wszystkiemu, nagle zauważam, że jesteśmy już pod świątynią Kryszna Balaram. Krótki spacer, a tak wiele przemyśleń. Żegnamy się z Muczukundą, łapiemy riksze i ruszmy na Loi Bazar w celu zrobienia obiecanych wszystkim zakupów.

Dla mnie osobiście robienie zakupów to zawsze jest koszmar, ale w Indiach może to być ciekawe- tak sobie pomyślałem. Jadąc rikszą nadal nie mogę się nadziwić temu co widzę. Duchowość jest tak bardzo naturalna dla tych ludzi. Wszyscy coś intonują, na większości drzew i murów są sanskryckie napisy- Jaya Radhe lub Śri Radhe. Mistycyzm w tak bardzo naturalny sposób miesza się tu z rzeczywistością. Dowodem na to jest mijany Sadhu, który w jednej ręce trzyma korale medytacyjne, ubrany jest bardzo skromnie, kawałek materiału przepasany na biodrach, do tego jakiś mocno sfatygowany czadar, a w drugiej ręce niesie reklamówkę, jakąś zupełnie zwyczajną torbę foliową z napisem, taką co u nas dostaje się w markecie przy kasie. Groteskowy to widok, gdy mistycyzm zderza się ze zwykłą prozą życia. Tu jest to tak bardzo naturalne i powszechne. Dla tych ludzi wszystko potrafi mieć zastosowanie, a ich pomysłowość zaskoczyłaby nawet Adama Słodowego.

Zakupy to niezła przygoda, szczególnie jak się jest białym. Wszyscy tu myślą, że każdy biały to milioner. Nawołują ze swoich sklepów: Hare Kryszna Prabhu, come! Staramy się miło odpowiadać: Hari bol, thank you, i mówimy, że nie potrzebujemy garnków i różnych innych błyskotek. W odpowiedzi słyszymy:
- No problem, only look :).

Ci sprzedawcy są nieugięci. Potrafią krzyczeć za nami tak długo, aż nie znikniemy im z pola widzenia. Wyjście na zakupy to naprawdę niezła przeprawa- targowanie się to podstawa, widząc białego ceny wzrastają 3-4 razy. Ciekawe jest też to, że nawet jak już znajdzie się sklep, w którym chciałoby się zrobić zakupy i nawet już wie się, co chciałoby się kupić, to nawet wtedy kupno upragnionego towaru nadal nie jest prostą rzeczą. Mówiąc sprzedawcy, co chce się kupić, on wyciąga zupełnie inne rzeczy i jak mówi mu się, że nie oto chodziło, on mówi z uśmiechem na ustach: „Only look” (tylko spójrz). Czasem można już dostać szału, więc Radhika znając mój temperament i chcąc mi oszczędzić nerwów powiedziała, żebym pochodził sobie po Loi Bazar z Mahaśringą, a sama z Madaną rzuciły się wir zakupów z kartkami w dłoniach i długopisem do wykreślania tego, co już jest kupione.

Niezwykłe jest to, że tu są całe sklepy dla Bóstw z ozdobami, ubrankami, parafenaljami. Tu naprawdę wielbi się Krysznę... Chodząc i przyglądając się temu wszystkiemu, co tu można kupić i myśląc o tym, jak bardzo to wszystko jest inne od tego, co znam z Polski, nagle słyszę znajomy głos:

- Chłopaki, chodźcie na świeży soczek z pomarańczy!- z entuzjazmem krzyczy Mahaśringa.

Roro, Antaranda i ja podchodzimy do objazdowego stolika z wyciskarką do soku. W między czasie Mahaśringa znalazł też Madanę, Radhikę i Agnieszkę. Były w pobliskim sklepiku - niech też spróbują soczku.

- Myślisz, że możemy napić się tego soku?- pytam z niepewnością w głosie, bo stolik ten nie wyglądał jak by spełniał chociażby jedną normę higieniczną.

- Spokojnie, nie pękajcie, kazałem mu wszystko umyć wodą zanim zaczął wyciskać ten sok.- Mahaśringa powiedział to z taki przekonaniem, że dopiero potem, jak wypiłem ten sok, przyszło mi do głowy pytanie: ciekawe, co to za woda, którą sprzedawca umył to urządzenie? Teraz to i tak już bez znaczenia pomyślałem, czas pokaże, co to była za woda :). Na bazarze zjedliśmy też świeżą papaję, nie żeby jakaś rewelacja, ale ciekawy smak.

Za czas jakiś, gdy już powoli zaczęło się ściemniać, a zakupy już były prawie zrobione, Mahaśringa wziął nas do swojego znajomego, Sanjaya, który miał sklepik z naturalnymi lekarstwami na Loi Bazar. Od niego dowiedzieliśmy się, że według Vrajabasich (mieszkańców Vraja-mandali), to dziś zaczyna się Kartik, a nie jutro, jak jest napisane w kalendarzu i że wszyscy idą na maha arati rozpoczynające Kartik do świątyni Radha-Damodara. To ta sama świątynia, w której mieszkał Śrila Prabhupada, tłumacząc Bhagavatam przed wyjazdem do USA. Postanowiliśmy również i my pójść do tej świątyni na to rozpoczęcie Kartika, najbardziej ukochanego miesiąca Śrimati Radharani, Królowej Vrindavany. Zostawiliśmy zakupy u Sanjaya i poszliśmy. Zanim jednak ruszyliśmy do świątyni, Sanjay zaprosił nas także do siebie na ucztę, tak ok. 20-tej, po tym jak wrócimy ze świątyni. Mahaśringa powiedział, że nas przyprowadzi.

Idąc przez Loi Bazar w kierunku świątyni Radha-Damodara szedłem obok Mahasringi. Rzuciłem na niego okiem, nie mówił nic i sprawiał wrażenie, jakby myślami był zupełnie gdzie indziej. Szliśmy tak jakiś czas, ja sobie mantrowałem i obserwowałem sklepiki oraz ludzi robiących zakupy i nagle ni z tego ni z owego Śringa mówi do mnie:

- Madhavo, jesteś w stanie sobie to wyobrazić, że jeszcze niedawno tymi uliczkami spacerował Śrila Prabhupada. On chodził tą uliczka codziennie na Loi Bazar. Nikt Go nie znał, może parę osób, ale nikt nawet nie przypuszczał, że dzięki Niemu Vrindavan stanie się duchowym miejscem dla tak wielu osób z całego świata, miejscem, gdzie będą przyjeżdżać ludzie, żeby złożyć pokłony Krysznie, żeby posłuchać o chwałach tego małego, niebieskiego chłopca...

Po tej wypowiedzi oczy zaszkliły mi się ze wzruszenia. W stu procentach rozumiałem, o czym mówi Śringa. Jak wiele żyć uratował Śrila Prabhupada, przed jak wieloma osobami otworzył drzwi do świata duchowego, tego chyba nawet nie da się zliczyć. Ten starszy dżentelmen, wyglądający tak niepozornie, ale zawsze z podniesioną głową sprawił, że i my idziemy tą uliczką. Na samą myśl o tym, jak bardzo jestem mu za to wszystko wdzięczny, ściska mnie w gardle. Tak rzadko potrafię to docenić...

Gdy zaszliśmy do świątyni Radha-Damodara ujrzeliśmy ogromne tłumy hindusów. Ludzi było tyle, że nie można było nawet zobaczyć Bóstw. Złożyliśmy pokłony i zaczęliśmy okrążać świątynię. Jest takie błogosławieństwo, że jeśli okrąży się tą świątynię siedem razy, to rezultat jest równy pełnemu parikramowi wokół Wzgórza Govardhana.

Błogosławieństwo to związane jest z tym, iż w świątyni tej przebywa bardzo niezwykły Govardhana-Sila, który ma odbitą stopę Kryszny. Gdy Sanatana Goswami był już tak stary i słaby, że nie mógł chodzić na parikramy wokół Wzgórza Govardhana, bardzo nad tym ubolewał. Widząc jego smutek, Kryszna osobiście pojawił się przed nim i powiedział, że jeżeli Sanatana Goswami okrąży ten kamień (Govardhan Sila), będzie to traktowane jak pełen Govardhana-parikram. Podczas tej rozmowy Kryszna postawił stopę na tym Govardhana- Sila. Kamień ten zmiękł z ekstazy. Do tej pory można mieć darszan tego niezwykłego Giriraja i zobaczyć odcisk stopy Kryszny.

Po jakimś czasie ludzi robiło coraz mniej i mogliśmy przez chwilę zobaczyć Bóstwa, które naprawdę robią ogromne wrażenie. Gdy tak staliśmy rozglądnąłem się wokoło i okazało się, że jesteśmy chyba jedynymi białymi w tej świątyni. Już teraz wiedziałem, czemu wszyscy się nam tak przyglądają. Stałem tak i starałem się odnaleźć wzrokiem Mahaśringę. Gdzie on się podział, pomyślałem, i nagle zobaczyłem go jak macha rękoma i krzyczy:

- Chodźcie tutaj, tu jest pokój, w którym mieszkał Śrila Prabhupada zanim wyjechał do Stanów.
Powiem szczerze- zawsze chciałem to zobaczyć to miejsce, od momentu przeczytania biografii Śrila Prabhupada, czyli od momentu kiedy przyłączyłem się do bhaktów- to z jakieś dziesięć lat już będzie... To miejsce jest dla mnie szczególnie ważne. Tu zaczęła się misja Śrila Prabhupada, jest to miejsce obfitujące w ogromną moc duchową. W tej światyni Śrila Prabhupada został upełnomocniony przez Rupę Goswamiego, by sprostać misji nauczania świadomości Kryszny na całym świecie. Okna pokoiku Śrila Prabhupada wychodzą wprost na samadhi Rupy Goswamiego. Śrila Prabhupada zwykł często przez nie patrzeć i modlić się do Goswamich o łaskę, by we właściwy sposób mógł zaprezentować przekaz świadomości Kryszny. Modlitwy jego były tak bardzo intensywne, że Rupa Goswami wyszedł z samadhi i osobiście upełnomocnił Śrila Prabhupada. Tak mówią tamtejsi wielbiciele.

Atmosfera tego miejsca jest tak bardzo niezwykła. Wszyscy byliśmy oszołomieni, a słysząc historie o Srila Prabhupadzie i Rupe Goswamim oczy wielu z nas zaszkliły się. Jak bardzo musiał On kochać swojego mistrza duchowego, jak bardzo musiał być współczujący. Zdecydował się na tak długą, samotną podróż, by dać ludziom zachodu szansę poznania prawdziwego szczęści duchowego. Tu naprawdę można poczuć nastrój Śrila Prabhupada i intensywność jego miłosierdzia do żywych istot.

Nie mogłem uwierzyć, że jesteśmy tu, gdzie wszystko się zaczęło. Popatrzyłem na Radhikę, Madanę, Rora, Agę, Antaranandę i pomyślałem: - Śrila Prabhupada, jeśli słyszysz mnie teraz, daj nam proszę moc, by móc chociażby w niewielkiej części stać się sługami twojej misji, daj nam proszę siłę w chwilach, gdy wydaje się, że wszystko jest przeciwko nam, proszę nie pozwól nam nigdy, przenigdy zwątpić... o to pragnę cię prosić dla siebie i dla moich przyjaciół, nie tylko tych, którzy są teraz ze mną, ale dla wszystkich tych, którzy zostali w Polsce lub są w innej części świata, ale zawsze są tak bardzo mi drodzy....

Trudno było nam opuścić to miejsce, ale zamykano już świątynię, więc wyszliśmy. Wychodząc miałem jednak nadzieję, że jeszcze tu wrócimy. Przy wyjściu ze świątyni dostaliśmy słodki ryż, który smakował wyjątkowo.

Następny punkt programu - wizyta u Sanjaya. Gdy dotarliśmy do Jego domu właśnie trwało wieczorne Arati. Sanjay to niezwykła osoba. Nie dość, że jest Vrajabasim, to jest potomkiem Advaity Acaryi. Jest też przyjacielem Mahaśringi. Skąd Mahaśringa zna te wszystkie niezwykłe osoby- pomyślałem. Może dlatego, że sam jest niezwykły...

Gdy Sanjay skończył Arati, zaprosił nas do domu i zaserwował ucztę. Nie wiem, czy to było dobre dla naszych europejskich żołądków, ale serwował z takim oddaniem, że nikt o tym nie myślał. Smakowało wyśmienicie. Poznaliśmy całą rodzinę Sanjaya. To niezwykle pokorni ludzie, wiele by można się od nich nauczyć. Gdy zjedliśmy prasadam pożegnaliśmy się, bo było już dość późno. Trzeba było wracać do hotelu, położyć się spać i spróbować jutro wstać chociażby na powitanie Bóstw. Piękny to był dzień, niezwykłe przeżycia, jeszcze tylko droga do hotelu. Po drodze wymiana spostrzeżeń i kolejny dzień ma się ku końcowi. Tak szybko tu mijają dni, jak dla mnie to trochę za szybko...

Zobacz galerię

Skomentuj artykuł


foto galeria

Spotkanie z Kulturą Starożytnych Indii -Wrocław 19.05.2012

Na forum

Spotkanie z Kulturą Starożytnych Indii -Wrocław 19.05.2012
Zobacz najnowszy postinfo
madhava
wczoraj, o 22:54

Podsumowanie akcji "Harinam dla każdego" maj 2012
Zobacz najnowszy postinfo
madhava
wczoraj, o 22:47

Prośba o wsparcie "Serwer Harinam.pl 2012"
Zobacz najnowszy postinfo
REDAKCJA
wczoraj, o 13:07

akcja "Harinam dla każdego" - edycja maj 2012
Zobacz najnowszy postinfo
REDAKCJA
wczoraj, o 11:45

Sławni wegetarianie
Zobacz najnowszy postinfo
Purnaprajna
wczoraj, o 10:47

Wyszukiwarka



online: 7