Myśli spisane na szybko...czyli podróż na Wschód cz.V
|
czytane: 363 data: 2008-09-23 autor: Madhava Bhagavan das |
Wersja do druku |
![]() |
CHOROBA
Dziś w nocy miałem chyba z 40 stopni gorączki i straszne dreszcze. Przykryłem się kocem po samą szyję. Było mi zimno i byłem spocony. To była ciężka noc. Słyszałem, że w sąsiednim pokoju w nocy było jakieś zamieszanie, ale byłem zbyt słaby żeby się nad tym zastanawiać.
Gdy obudziłem się rano czułem się już dużo lepiej. Temperatura mi spadła. Chwilę po przebudzeniu podeszła do mnie Radhika, mówiąc:
- W nocy miałeś chyba z 40 stopni gorączki. Pociłeś się i martwiłam się o Ciebie. Jak się czujesz teraz? - z troską w głosie zapytała Radhika.
- Czuję się lepiej, nawet chyba gorączki już nie mam. Pomogły mi te lekarstwa Mahaśringi. Właśnie, a gdzie On jest? Jak Jego oko?
- Poszedł do świątyni. Oko Go boli, ale nie pęka. Za to z Madaną nie jest dobrze. Od wczoraj ma gorączkę tak jak Ty, ale oprócz tego wymiotuje i ma rozwolnienie – powiedziała Radhika.
No to pięknie, pomyślałem sobie, nasz „apartament” zamienia się powoli w szpital. Mahaśringa ma chore oko, Roro i Aga mają kłopoty żołądkowe, ja wczoraj w nocy miałem gorączkę, do tego jeszcze Madana. Ale się porobiło... Przyszło oczyszczenie. Święte Dhama jest łaskawe, tu można wypalić reakcje z milionów żyć. Mam nadzieję, że wytrzymamy to „czyszczenie”.
Narazie zdrowi pozostali tylko Radhika, Antarananda i Apavrita, chociaż Ona też coś skarżyła się na ból brzucha.
Następne trzy dni to szpitalnej atmosfery ciąg dalszy. Fakt, ja chorowałem tylko jedną noc, Roro i Aga pozbierali się po dwóch dniach. Ale w między czasie pochorował się Antarananda, lecz też szybko z tego wyszedł, Mahaśringe wciąż boli to oko, Apavrita podobnie jak większość ma chory żołądek, tylko Radhice nic nie jest. Tak więc jesteśmy chwilowo w rozsypce. Któregoś dnia podczas rozmowy ze mną Radhika zaczęła się zastanawiać:
- Madhava, wszyscy są chorzy, Ty też już byłeś, tylko ja jestem zdrowa. Czy to znaczy, że niebawem i ja zachoruję?
- Na razie jesteś zdrowa więc nie pękaj. Każdy ma inaczej. Poza tym musi być ktoś zdrowy, żeby to wszystko wziąć do kupy.- próbowałem dodać Jej otuchy, chociaż ona wcale nie była zaniepokojona, tak sobie tylko analizowała to, co się dzieje. Radhika to naprawdę silna osobowość, wiele się można od niej nauczyć.
Choroba dała się wszystkim ostro we znaki. Przestaliśmy jeść na zewnątrz. Mahaśringa przywiózł ze sobą parownik z Mayapur, potem Roro kupił jeszcze kuchenkę elektryczną i mogliśmy prosto gotować sobie sami. To chyba było najlepsze na obecną chwilę. Mając wszystko co trzeba, kupiliśmy warzywa, ryż, itd. Gdy wszystko już było, Mahaśringa zrobił ziemniaki z parownika i ryż basmati. Nie mieliśmy talerzy ani misek, więc obcięliśmy wzdłuż butelki półtoralitrowe po wodzie, których u nas nie brakowało. W ten sposób zrobiły się z nich łódeczki i to była nasza zastawa apartamentowa. Jaki apartament taka zastawa J Smak tego prasadam był wyjątkowy. Ja osobiście miałem już dość tych wszystkich warzyw z restauracji, z przegiętą ilością przypraw. W Indiach jak sypią przyprawy do jedzenia to robią to chyba wiadrami. Na początku jest nieźle, ale po paru dniach doszliśmy z Radhiką do wniosku, że jak wrócimy do Polski, to wywalimy przez okno wszystkie nasze przyprawy. Tak bardzo mieliśmy ich dosyć. Tak więc tym bardziej docenialiśmy prosty smak ziemniaków z parownika i ryżu.
Początkowo po chorobach jedliśmy mało, bo nikt nie miał ochoty na nic. Jedliśmy tylko tyle, żeby zaspokoić głód.
Na śniadanie jedliśmy „ciapę”, czyli płatki owsiane z miodem i bananami, zalane wrzątkiem.
W domu w życiu bym tego nie ruszył, a tu „ciapa” była czasem głównym naszym wyżywieniem i cieszyłem się, że w ogóle mogę coś jeść. Cieszyłem się, że jest „ciapa” i że po niej nic mi nie będzie. Jak to czasem szybko przewartościowuje się paradygmat myślowy :).Zaczynałem coraz bardziej widzieć, że mogę naprawdę więcej niż mi się wydawało do tej pory :)
Umysł jednak nigdy nie daje za wygraną. Po trzech dniach Roro i Aga byli już praktycznie zdrowi. Wtedy to właśnie wpadliśmy na pomysł, aby iść i zjeść coś do MVT, takiej restauracji przy Kryszna Balaram Mandir. Aga i Radhika powiedziały, że tam można zamówić jedzenie „continental”, czyli takie normalne nasze frytki, suróweczki, pizzę i uwaga- coś w rodzaju hamburgera, czyli bułka z jakimś kotlecikiem, może z tofu, może z czegoś innego, z różnymi sosami, sałatą itd. Na samą myśl o jedzeniu „continental”, innym niż „ciapa”, dostawałem ślinotoku. Do tego ta restauracja była czysta, bo prowadzili ją biali bhaktowie. Plan wyjścia do tej restauracji spodobał mi się do tego stopnia, że byłem gotów tam iść zanim inni skończyli opowiadać.
Madana była słaba, wciąż chora. Antarananda też wolał nie eksperymentować, nie czuł się najlepiej. Mahaśringa i Apavrita wolą owoce, więc poszliśmy we czwórkę.
Jak już siedliśmy przy stoliku i zobaczyłem menu, to aż mi się ręce zatrzęsły. Zamówiliśmy sobie dwie pizze, surówki, frytki, i jeszcze po burgerze, a jak!!! Jak obsługa nam to przyniosła, to ledwo zmieściło się na stoliku. Wtedy zrozumieliśmy, że chyba przegięliśmy. Ale co tam, jak to mówią: „jak się bawić, to się bawić, drzwi wywalić, nowe wstawić”. Cały ten czas na „ciapie” trzeba w końcu odreagować. Jak tylko zjadłem to od razu poczułem, że głupota to potężna siła. Coś w brzuchu zaczęło mi bulgotać i musiałem szybko do toalety. Na szczęście Aga miała ze sobą tabletki „betonujące”- na rozwolnienie. Wziąłem kilka i tak skończyła się moja przygoda z zadowalaniem języka we Vrindavan. Pokornie wróciłem do jedzenia „ciapy” i kitri i już nic nie kombinowałem. Ciekawe, że wszyscy jedliśmy to samo- Radhika, Roro i Aga, a tylko mnie pogoniło. No cóż, każdy ma inaczej.
Tym czasem z Madaną było coraz gorzej. Nie wyglądała dobrze. Cały czas wymiotowała i miała rozwolnienie. To już czwarty dzień, wycieńczona był okropnie. Mahaśringa dawał Jej jakieś tabletki, lecz to nic nie pomagało.
Bardzo się wszyscy o Nią martwiliśmy. Robiliśmy co mogliśmy, żeby ulżyć Jej w cierpieniu. Radhika robiła Jej reiki, każdy starał się pomóc jak potrafił. Może nie było to profesjonalne, ale płynące z serca. Madana była tak słaba, że trudno było się jej poruszać. Staraliśmy się być przy Niej. Nie były to łatwe chwile dla nikogo, szczególnie dla Madany. Pewnego razu powiedziała, że popsuła nam pobyt we Vrindavan. Nikt chyba nawet tak nie myślał, to mogło spotkać każdego.
Któregoś razu siedząc ze wszystkimi w pokoju , w którym była Madana, powiedziałem do Niej:
- Wiesz, Ty chyba wzięłaś na siebie wszystkie nasze choroby, bo już raz tu byłaś, więc biorąc to na Siebie dajesz nam szansę, żebyśmy dobrze wspominali to Vrindavan, taka Waisznawa-kripa.
Madana słysząc to uśmiechnęła się w ironiczny sposób, jak by próbowała powiedzieć, że nie mam racji, ale była tak słaba, że nawet mówienie sprawiało Jej ból, więc pozostał Jej tylko grymas na twarzy, mający wskazywać na dezaprobatę tego co powiedziałem.
Przez okres kilku dni nie chodziliśmy na parikramy, staraliśmy się być pod ręką. Radhice było bardzo przykro, że Madana, Jej najlepsza koleżanka, jest chora, a Ona nie może nic zrobić. Zresztą wszyscy pragnęliśmy, żeby już wyzdrowiała i przestała cierpieć. Pozostała tylko modlitwa podczas porannych i wieczornych programów w Kryszna Balaram Madnir. Kryszna przecież może wszystko, a tu we Vrindavan to już na pewno....
Będąc w „rozsypce” staraliśmy się nie poddawać. Czasem czytaliśmy wspólnie książkę pt. „Docenić Vrindavan Dham”. W takich chwilach przydaje się coś co da nam zrozumienie, że nawet choroba tu ma charakter transcendentalny. Książka jest wspaniała. Napisał ją Mahanidhi Swami i o ironio, przetłumaczyła ją właśnie Madana :) To chyba nie był przypadek...
Madana podczas swojej choroby była bardzo dzielna, wspomagał ją Antarananda i my wszyscy tak jak potrafiliśmy najlepiej. Znamy się z Madaną, zarówno ja jak i Radhika, ponad 10 lat i przez ten czas zaprzyjaźniliśmy się bardzo. Zawsze w naszych czy Jej ważnych chwilach życia, byliśmy gdzieś nie daleko, znamy się jak łyse konie. Możemy na siebie liczyć, przynajmniej ja tak czuję. Tym bardziej trudno było nam zaakceptować Jej chorobę.
Patrząc na zmagającą się z chorobą Madanę przyszło mi do głowy takie przemyślenie, że we Vrindavan nie ma ściemy. Tu nic co materialne nie da nam schronienia, nie można być pewnym niczego. Na Zachodzie jest tak, że ktoś ma pieniądze i może załatwić wiele rzeczy. Można czuć się bardzie niezależnym od Kryszny. Natomiast we Vrindavan można być bogatym bhaktą z Zachodu, mieszkać w super apartamencie, ale jeśli ktoś ma się pochorować, to nic go nie ochroni. Tu nawet można opuścić ciało z dnia na dzień. W Zachodnim świecie też tak jest, ale iluzja działa mocniej i wydaje się, że coś kontrolujemy. We Vrindavan wszystko jest pokazywane w bardziej bezpośredni sposób. Zdałem sobie sprawę z tego, że będąc tu wszystko teraz w moim życiu zależy od Kryszny, przede wszystkim moje zdrowie czy tego chcę czy nie. Dziwne to uczucie- z jednej strony strach, że niczego nie można kontrolować do końca. Złudzenia zostały rozwiane bezpardonowo. Z drugiej strony spokój i wiara w to, że Kryszna nie chce źle i jeżeli coś się wydarza to znaczy, że jest to najlepsze co może być dla mnie na ten moment. Wiedziałem to teoretycznie, ale teraz tego doświadczyłem w bardzo bezwzględny i bez sentymentalny sposób. Samo życie, bez znieczulenia iluzją. Piękna lekcja, bezceremonialna, ale dzięki temu bardzo głęboko zapadająca w pamięć.
Czwarty dzień choroby Madany to już nie były żarty. Zaczęliśmy się zastanawiać co robić. Mahaśringa powiedział:
- Jest sposób, można by zawołać lekarza, dałby Jej zastrzyk i wszystko wróciłoby do normy, tylko jest jedno ale...
- Co to takiego?- ktoś zapytał.
- Mi kiedyś dali taki zastrzyk, wyzdrowiałem, ale wszczepili mi razem z zastrzykiem żółtaczkę, jest ryzyko…
- Nie, to jest jakaś bzdura, przecież jest XXI wiek. Muszą być jakieś sposoby. – mimo niedawnych przemyśleń wciąż zapominałem gdzie jestem. Przyszło mi do głowy, że mogliśmy z Polski wziąć ze sobą igły i strzykawki, ale przecież tego nie da się przewidzieć. Mogliśmy wziąć jeszcze milion innych rzeczy, ale kto to wiedział.
Tak czy siak decyzja zapadła, lekarz musi się pojawić. Apavrita zadzwoniła gdzie trzeba i pojawił się Pan na motorze. Lekarz-hindus był dobrze ubrany i sprawiał wrażanie kompetentnego, chociaż kto wie, tu wszyscy sprawiają takie wrażenie, a jak nie sprawiają to przekonują, że co jak co, ale znają się na tym i owym. Pan doktor przyszedł, zbadał Madanę i pokiwał głową. Nie wiadomo co to mogło znaczyć, ale powiedział, że nie jest to infekcja grzybicza. Przepisał tabletki i powiedział, że powinno być dobrze. Kazał też Madanie dużo pić, bo jak się odwodni, to zabiorą ja do szpitala.
Z tego co Mahaśringa opowiadał, to dwa najgorsze miejsca w Indiach do jakich można trafić, to tutejsze więzienia i szpitale, więc sprawa była prosta- Madana nie mogła się odwodnić. Wszyscy postanowiliśmy Jej pilnować żeby piła, ale nie było to konieczne, ponieważ Ona bardzo chciała wyzdrowieć.
Już na drugi dzień po przyjęciu lekarstw od lekarza było z Nią nieźle, a pod koniec dnia zaczęła nawet żartować, więc odetchnęliśmy z ulgą. Wszystko wraca do normy.
Tutejsze choroby to koszmar. Mogą się przydarzyć praktycznie w każdym momencie, chociaż nie wiadomo jak by się uważało. To co przeżyliśmy wcale nie zniechęciło nas do pobytu w Indiach. Wręcz przeciwnie, potraktowaliśmy to jako część przygody, którą po czasie będzie się wspominać z uśmiechem na ustach. Indie są tak magiczne, że wszystko im można wybaczyć.
Madana potrzebował już tylko trochę zebrać siły. Choroba ustępowała w mgnieniu oka, wracał apetyt, a my wszyscy mogliśmy już być spokojni, że Jej powrót do zdrowia to kwestia jednego, góra dwóch dni.
Kryszna przetestował nas wszystkich, oczyścił i pokazał, żebyśmy nie pękali, bo On dba o nas. Przecież jesteśmy gośćmi na Jego ziemi. Tu w Indiach można naprawdę doświadczyć polegania na Krysznie w 100%
Skomentuj artykuł






