Padayatra 2011
|
czytane: 236 data: 2011-07-20 autor: Bhn.Tulasi |
Wersja do druku |
![]() |
Wjeżdżając na teren gór, jakichkolwiek, czuję zmianę tzw. klimatu. Zmianę myśli, uczuć i uśmiechów. Gdy stąpam po Czarnowskich terenach mam wrażenie, że jestem pod niewidzialną, ochronną kopułą. Że mamiące macki głupich pragnień jedynie mnie tam muskają. Nawet kiedy pod dom zajeżdża policja czy dostawa ze sklepu. Jedną z rzeczy, które tam najbardziej doceniam jest to, że idąc drogą, w biały dzień, mogę sobie mantrować, biegać w sari i tilaku. W zasadzie w mojej mieścinie też teoretycznie mogę, ale w Czarnowie to przychodzi zupełnie naturalnie. Tą naturalnością tamtejsi bhaktowie, z pomocą wsparcia przyjezdnych, chcieli podzielić się z mieszkańcami okolicznych wiosek. I to po raz drugi.
W samo południe kopyto podnosił Nandiśvara – młody wołek, który płakał rzewnymi łzami za swoim właścicielem (gdybym ja tak za Kryszną wołała!). Zanim jednak łza pierwsza podlewała ziemię, dowozi Bóstwa do kolejnych wiosek. Za nim, przed nim, obok – podążają bhaktowie. Śpiewający, grający, tańczący. Docierając na miejsce zastają rozstawioną scenę i zaciekawiony wzrok miejscowych. Doświadczają oni bhajanu, zapoznają się z Panem Ramaczandrą i Jego towarzyszami, słuchają wykładu, uczestniczą w krtanie, jedzą prasadam. A Gaura-Nitaj z wozu patrzą. Uśmiechają się jak nie wiem.. Jakby cieszyły się, że w powietrzu czuć Maha-mantrę, i że tyle osób może z tego korzystać. W sumie mają rację. Oni by nie mieli?
Rozczulałam się na widok dzieciaków przeżywających Ramajanę, nieśmiało podrygujących w rytm muzyki widzów, dokładkowiczów stojących w kolejce po prasadam. Serce rośnie. Noc truchleje.
Najbardziej jednak pamiętam pana, który przyszedł po programie w Janiszowie:
-Jecie jajka?
-Nie jemy.
-Szkoda. Ja zawsze noszę kilka przy sobie. No ale dam wam dam coś innego.
Wyjął z kieszeni przy piersi trzy jajka, a drugą ręką podał jakąś srebrną zawieszkę. Okazało się, że to Maryja. Liczy się gest i intencja przecież.. To jest właśnie ta niezwykłość ludzi wsi – szczerość, oddanie i jakieś takie specyficzne poczucie wspólnoty.
Padayatra zakończyła się w niedzielę, Festiwalem mleka i szczęśliwych krów. Kirtan, krótki wykład, kirtan 2, film „Ginąca wieś” i uczta. I z godziny na godzinę coraz mniej bhaktów. Aż w końcu słońce zaszło, i można by pomyśleć, że (ty)dzień to był jak co dzień. Dobrze, że z tej możliwości nie korzystam. Cieszę się jedynie, że mogłam choć w niewielkim stopniu doświadczyć nastroju nauczania Pana Czejtanii. W każdym mieście, w każdej wiosce.






